Proponuję małą wymianę intelektualno - emocjonalno - wirtualno - abstrakcyjno - egzystencjonalno-nieważną...
Kategorie: Wszystkie | nieprawda, że nieprawda
RSS
czwartek, 18 listopada 2010

A teraz pozytywnie: mniej więcej miesiąc temu, tak bez okazji, moja mamuśka kupiła takie gałązki z małymi, czerwonymi kuleczkami. Wsadziłam je do wody i postawiłam na parapecie. Stały tam tak, i stały, w tej smutnej, bezbarwnej szklance Żywca i jakby ich w ogóle nie było. Więc  przeniosłam je do kuchni, żeby swym żywym kolorem rozjaśniły to oschłe wnętrze. W kuchni, jak to w kuchni, gotuje się i kopci, jest dość ciemno i tylko cyrkulacja powietrza jest dobra. I właśnie dziś, tego przepięknego listopadowego wieczora, siedząc w kuchni, zauważyłam w zdumieniu, że ta roślinka, na wpół uschnięta, bo woda już nie sięgała gałązek, wypuściła korzonki!

To świadczy tylko o tym, że skoro ona może, to my też możemy! Wśród znoju codzienności wypuścić korzonki - jako przejaw najważniejszej cechy gatunku ludzkiego: instynktu przetrwania...

23:43, micrathena
Link Komentarze (1) »

Zdaję sobie doskonale sprawę z faktu, że moje codzienne zmagania z rzeczywistością mogą być banalne dla wielu z was, potencjalnych czytelników. Ze swojej strony mogę zagwarantować tylko jedno - niestety - ciąg dalszy przygód w tym stylu.

I już po porannych ablucjach... Czas na spacer z psami. Jest ich cała dwójka - mały i duży, stara i młody, od szczeniaka i ze schroniska chowany, oba pieszczochy wyjątkowe. Idziemy pohasać na przyległe łąki. Niechby tylko była to zwykła przechadzka, pozbawiona wszelkich emocji... Skądże!

Ja wiem, że każda pańcia kocha swoje zwierzaki, i ja wiem, że ten jeden jest właśnie najpiękniejszy, i choćby - w myśl Matki Natury, niektóre połączenia nie powinny funkcjonować prawidłowo, to właśnie takie psy mieszkają w moim sąsiedztwie. Uwielbiam je; niczemu nie są winne, zwłaszcza temu gatunkowemu imperatywowi rozmnażania się za wszelką cenę. Przecież szczeniaczki, kocięta i wszelkie inne młode stworzenia są rozkoszne właśnie dlatego, że nie ma gwarancji co z tego będzie, jak dorośnie! Bez ryzyka nie ma zabawy. To wszystko jest bardzo sprytne: cicho skamlą, są takie uroczo nieporadne, włażą do swoich misek z jedzeniem, sikają sobie na łapki - telepatycznie porozumiewają się z twoją wrodzoną empatią...weź mnie... A potem rośnie, rośnie, coś łapki za duże, pyszczek trochę mały, coś dziwnie chodzi, jakoś po schodach jakby bokiem wchodził, i tak dalej... Ale kochamy je i - staramy się, robić to bezwarunkowo... Jednak wracamy do spaceru...

Średnia wieku na osiedlu waha się w granicach 65 - 75 lat; w przeważającej ilości kobiety; rozmiar przeciętnego psa na osiedlu to około 10 kg żywej wagi i wzrost do połowy łydki; wiek wprost proporcjonalny do właściciela; Bruno, jaki jest każdy widzi, większy nieco. I werwy również więcej, i w jelitach więcej, i wszystkiego generalnie więcej... Niedobrze jest kiedy, któraś ze starszych pań, a właściwie ta z III piętra, uroi sobie, w swojej utrwalonej starym lotionem głowie, że to zabójca perfidny. Ale tak właśnie było: zjeżdżamy wszyscy windą gromadnie, winda dwudrzwiowa jest, co istotne dla tej historii. Jedne drzwi się rozsuwają, drugie otwierają klasycznie. Można też wykazać się wybitnym refleksem i otworzyć drzwi, po zwolnieniu blokady, a przed rozsunięciem się tych drugich. Starsze panie, jak wiemy także z podróży komunikacją miejską, refleksem tym się wybitnie charakteryzują. I co za zdziwienie - pani z III piętra, z impetem otwiera drzwi, my wysnuwamy się jak zza zasłony w trójkę, Bruno już wyściubia swój łeb, aż tu nagle ona wpada w histerię, jej pies automatycznie zaczyna ujadać, więc ta rezolutnie, jak nie gruchnie drzwiami z powrotem... a tu Bruno i łeb jego przecież... Nie da się, no nie da się normalnie i tyle!

02:03, micrathena
Link Komentarze (2) »
czwartek, 11 listopada 2010

Po drobnych trudnościach udaje mi się zaparzyć gęstą, aromatyczną kawę; jej intensywny zapach przyprawia mnie o zawrót głowy; sprawia, że po ciele rozchodzą się dreszcze; usta rozchylają się niemym oczekiwaniu na pierwszy, słodkawy łyk. Upijam go w skupieniu przyglądając się królewskiej nekropolii zasnutej poranną mgłą... Pięknie... Wracam do pokoju, by tam rozpocząć skomplikowany, wielosegmentowy proces dalszego wybudzania się, gdyż nie należę do rannych ptaszków. Odkładam filiżankę na stół, kładę się na łóżku rozciągając i naprężając swoje zaspane ciało. Dokładnie w tym samym momencie Bruno wpada na ten sam pomysł; rusza swoje owłosione cielsko w moim kierunku. Zanim dotrze do łóżka, zdąży się wolno rozciągnąć, rzucając mi zamroczone spojrzenie swoich orzechowych oczu. Dotarł; trabani się w tą wąską szparę między łóżkiem a stołem; teraz następuje ceremonia poranna: czochranie, klepanie i sapanie. Kiedy już uznaliśmy, że godnie powitaliśmy kolejny dzień, Bruno nosi się z zamiarem powrotu na posłanie - jak każdy porządny pies, musi sobie dospać. Ponieważ nie zwykł chodzić tyłem, zwinnie - w swoim mniemaniu, obraca się wokół własnej osi, zahaczając zgrabnie o filiżankę. Wylewa, równie zgrabnie kawę na stół, laptopa, komórkę, budzik, okulary, zasilacz, przedłużacz, i wszystko inne co wraz z okrzykami - wiadomo jakimi, usiłuję desperacko uratować... Kiedy wycieram wszystko z lepkiej kawy, zauważam, że Boludo nie trafił do kuwety. Jest to oczywiście całkiem zrozumiałe, gdyż ma jedną łapę w gipsie, co utrudnia mu koordynację ruchową na tyle, że nie był na parapecie od 3 tygodni, a także wielokrotnie sobie sam gips obsikał...

Minęło 15 minut od przebudzenia; zdążyłam się już 3 razy wkurwić - piszę tak dlatego, że jestem osobą popędliwą, utrzymującą w dodatku, że polskie wulgaryzmy mają niesamowitą wręcz moc obrazowania - skoro tak piszę, to na pewno tak właśnie było... Jestem więc już u kresu wytrzymałości, rzucam się na prawo i lewo w amoku, klnąc z zaciśniętymi zębami na czym świat stoi, a powtarzam - minął dopiero kwadrans...

01:15, micrathena
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 18 października 2010
A po co Ci tytuł?

Mam 24 lata, nieskończone jeszcze studia i brak perspektyw na życie. Jedyne co potrafię robić to komentować radośnie otaczającą mnie rzeczywistość. Myli się jednak ten, kto pomyśli, że mogę być dowcipna. Nic bardziej absurdalnego. Pracuje intelektualnie i fizycznie, nieodpłatnie i na etat. Mam zwierząt całą trójkę i kupuję pieczywo w tych małych, osiedlowych sklepikach. Zdążyłam w ciągu ostatnich 2 lat nabawić się delikatnej, "technologicznie uwarunkowanej" wady wzroku, choć mam nadwzroczność - dosłownie i w przenośni. A oprócz tego, więcej rzeczy "nie lubię", niż "lubię".

Mieszkam w mieście królewskim, w lokalizacji dogodnej, w dość ścisłym centrum, przy strategicznie położonym węźle komunikacyjnym.  Wstaję rano, choć od niedawna; zasypiam szybko i śpię snem głębokim, snów nie pamiętam. Mam dużo pomysłów, brak mi siły na ich zrealizowanie.

Jest 18 października 2010 roku. Mieszkam w Polsce i usilnie staram się nie zwariować funkcjonując w polskim społeczeństwie. Jest ciężko. Codziennie, odprawiając swoje poranne rytuały, zmagam się z okrutnym i przewrotnym losem. Kiedy po przebudzeniu, przywitaniu się optycznym ze zwierzakami, zmierzam do kuchni, już słyszę moich szlachetnych sąsiadów. Zza nieszczelnych drzwi dobiegają mnie stłumione "kurwy" i "skurwysyny". Potem żywiołowy trzask drzwi, stęk metalowych, kobylastych drzwi od windy i miarowy szum kiedy winda zjeżdża na dół. Już wiem, że wstał kolejny dzień i wszystko jest jak dawniej... Zatem podchodzę do kranu z czajnikiem, z banalnym zamiarem nalania do niego wody...ale nie... nie da się. Kto mógłby przypuszczać, że prawdopodobnie właśnie w tej chwili wszyscy, w całym pieprzonym pionie, przez wszystkie 10 pięter, wpadli na ten sam genialny pomysł! Co za niefortunny zbieg okoliczności, o którym nie mógł przecież wiedzieć konstruktor, architekt, hydraulik czy ktokolwiek inny, kto miał wpływ na stan techniczny tego PRL-owskiego bloku. Czego ja wymagam? Przecież nie ma problemu, żebym, jak ten pajac, poczekała sobie przy zlewie, aż wszyscy sobie napełnią swoje "czajniki"... bo mój już dymi, a minęło zaledwie 5 min od pobudki. Phi!

00:47, micrathena
Link Dodaj komentarz »